Henryk Musiałowicz

malarstwo, obiekty

Malarstwo mi najbliższe jest przejawem sztuki subiektywnej, syntetycznej i symbolicznej....

Galeria Piwnice

Rozpoczęcie: 1 czerwca 2012, g. 18:00
Zakończenie: 24 czerwca 2012

Moja droga w sztuce

Malarstwo mi najbliższe jest przejawem sztuki subiektywnej, syntetycznej i symbolicznej.
Wielką sztukę identyfikuję ze sztuką prymitywną, ze sztuka taką, jaką przeczuwali instynktownie twórcy pierwszych artystycznych wyobrażeń – symbolu i znaku. Były one źródłem mądrości i siły magicznej.
Symbol – to także prostota i jasność. Ukazanie tajemnego, własnego „JA”, to manifestacja duszy, to źródło mowy i ukrytych znaczeń, gdzie wszystkie myśli splatają się, dążąc do wzajemnego zespolenia. To także znalezienie tego, co wieczne. To związanie z odwiecznymi ideami ludzkości.
Malarstwo moje jest systemem metafor, wywodzi się ono z doświadczeń ludów wielu kultur – ich myślenia i tworzenia, tworzenia i myślenia. Poprzez rozważanie obecności prastarych impulsów i obrazów, szukam tego, co głęboko wspólne, kształtując siebie poprzez wrażliwość własnego wnętrza, jedność własnej formy i treści w nadziei, że dotknę właściwego nerwu i powiem prawdę.
Wierzę w wewnętrzną funkcję malarstwa i ufam, że obraz jest potrzebny ludzkości, która pragnęła go zawsze. Ważne jest jednak, jak korzysta się ze sztuki i co z kontaktów z nią się wynosi. Myślę, że ludzkość bez sztuki byłaby smutna i zubożona, nie potrafię jednak wyjaśnić tego jedynego i niepowtarzalnego, co w dziele sztuki jest naprawdę istotne. Sądzę, że sztuka nie ma określonych reguł, artysta musi kierować się instynktem, wewnętrznym głosem, który podpowiada jak należy postępować.
Składamy się przecież z tradycji i z teraźniejszości. Sięgamy do intuicyjnych prawd, do mądrości archetypu praojców. Do symbolu – gdzie abstrakcyjny znak staje się nosicielem siły magicznej. Codzienna praca połączona z myśleniem powinna prowadzić o krok dalej.
Ustawa van Gogha i Rembrandta w Holandii w 1956 roku zatrzymała mnie i uświadomiła, że znajduję się na błędnej i zbyt wygodnej drodze. Znalazłem tam wskazania i zrozumiałem sens wiecznego szukania Nie gardzę naturą, z której trzeba wykorzystać wszystko, aby się nakarmić tym, co ona ofiarować mi może, aby dać z siebie więcej przez pracę i zrozumienie, aby szukać samego siebie i aby mówić sobie: to jeszcze nie to! Aby się poczuć wyzwolonym i znaleźć się w świecie absolutnego piękna.
W muzeach archeologii szukałem radości oka, ciśnień i doświadczeń w strukturach wymarłych gatunków, w przekazach geologicznych i śladach kataklizmów, w pamięci skamielin zwierzęcych i roślinnych, w minerałach, w pierwszych zadrapaniach skalnych i pierwszym alfabecie, w ceramice archeologicznej… Wszędzie tam szukałem własnej formuły ludzkiego losu. Szukałem najprostszego języka międzyludzkiego porozumienia, znaku mocy, nieosiągalnej pełni formy. W pogardzanych i niedostrzeganych kamieniach polnych, w kamieniach morskich formowanych przez wodę. W tych wszystkich wędrówkach dostrzegłem niezwykłe bogactwo formy i zrozumiałem, że wyobraźnia moja może wędrować ogromnie daleko.
W podziemiach Luwru, w rzeźbie archetypu sztuki – szukałem odnalezienia się, szukałem formy znaku, własnej racji wypowiedzi, własnej transpozycji. Szukałem konkretności i większego scalenia, umiejętności patrzenia wstecz i do przodu. Starałem się zobaczyć i pokazać współczesność, nowy kształt i wymowę obrazu. Nade wszystko jednak człowieka, sens jego istnienia, dramatu i lęku, niepokoju naszego czasu.
W malarstwie z Luwru do XIV wieku – szukałem najcenniejszej tajemnicy człowieka, formy ludzkiej i pozaludzkiej egzystencji, szukałem doświadczeń warsztatowych, wzruszeń barwy i światła, formuły ujawniającej temat. Szukałem także konkretu, obrazowej sugestii. Stawiałem też sobie pytania, szukałem sacrum. Myślałem tam o współczesnym pulsowaniu, zastanawiałem się, czy literatura obrazu musi i może istnieć. Nie gardziłem przy tym zdobyczami Braque’a, Picassa oraz Wolsa. Taka była moja droga do zatrzymania się przed Rembrandtem.
Zrozumiałem wówczas, że muszę nieustannie kształtować siebie, szukać środków przekazu, powołać z głębi wieków, z własnego wnętrza siły do znalezienia rozległego, własnego symbolu. Aby każda najmniejsza rzecz była zaangażowana w wytworzenie obrazu – uniwersalnego mitu, kiedy człowiek, zwierzę, krajobraz stapiają się w jedną ideę.
W moim malarstwie wyrażam siebie, chcę mówić o dramatach człowieka niosącego krzyż miłości, nadziei, rozpaczy i wiary. Przez kolor i niuanse formy starałem się znaleźć spokój i ciszę, niepewność gwałtowności, siłę oddziaływania elementarnej prawdy i nieuchwytnych emocji.
Chodzi o to, aby patrzący na obraz znaleźli prawdy wiary i niepokoju, aby znaleźli treść i myśli moje. Bo tylko ten ma prawo do malowania, dla którego twórczość stanowi treść myśli i życia. Bo malarstwo to człowiek! Sam człowiek, który maluje aby znaleźć siebie i to co w nim jest, co łączy indywidualne doznania z doznaniami ludzkości.
Cofając się do źródeł, z których wziąłem początek utrwalając zawarte w nich wartości, chciałbym, aby moja sztuka była otwarta dla wszystkich, by wszyscy wierzący i niewierzący odnaleźli siebie, by moje malarstwo otwierało serca, by pomogło nieść swój krzyż – krzyż drogowskaz: cierpienia i odwagi. Dlatego tak często w moim malarstwie pojawia się ostatnio krzyż, odwieczny znak przymierza.
Szukam, próbuję niezliczonych możliwości, aby w końcu zatrzymać się przy tej jednej, wybranej. Tworzyć – to znaczy nieustannie być jak niemowlę bezradnym. Być pełnym lęku w poszukiwaniu prawdy o człowieku i życiu, które jest przesycone dogłębnym bólem. Poprzez prostotę formy archaicznej pragnę przepoić obraz niepokojem, protestem i krzykiem.
Myślę, że tworzenie jest aktem tajemniczym, bowiem sztuka jest, nieustannym poszukiwaniem. Trud tworzenia kształtuje nas i po tygodniach, miesiącach, a nawet latach – pewnego dnia niespodziewanie objawi się to, co poszukiwane i utęsknione. To coś, co buduje obraz. Stąd też szukanie tej ukrytej, a tak ważnej tajemnicy jest tak potrzebne. Samozadowolenie, zaprzestanie walki o własną prawdę prowadzi do stagnacji. Przekonany jestem, że wieczny niepokój jest prawdziwym i niezastąpionym celem artysty.
Bo jeśli się wszystko wie: „jak?” – jest się tylko dobrym rzemieślnikiem. W procesie twórczym nie ma końca selekcji. Gdyż ostatecznej prawdy nie dane nam jest osiągnąć. Jest ona stale przed nami, lecz zawsze niedościgniona. Szukam minimum, którego potrzeba, aby z malarskiego znaku wydobyć w sposób prosty prawdę o człowieku. Bo sztuka jest nawarstwianiem ciągłych pytań, doświadczeń i odpowiedzi, a także obrachunkiem z całym dziedzictwem ludzkiego tworzenia. Właśnie po to, aby obraz miał coś do powiedzenia, do prowokacji, do odnajdywania w nim coraz nowych znaczeń siły, prawdy i wartości, które nie tylko są najcenniejszą wartością w sztuce, ale i w naszym życiu.
Musimy umieć spojrzeć na samych siebie, na to, co tworzymy poprzez szukanie skarbów wielowiekowej tradycji. Ale żeby je odnaleźć artysta powinien przyjść z własną lampą. Chcąc się uchronić przed kastracją własnej osobowości, aby ocalić wrażliwość kontynuujemy spuściznę naszych praojców, wspaniałej i życiodajnej kultury. To nam pozwoli odnaleźć klucz do naszego malarstwa.
Przez malarstwo rozumiem kolor i życie. Obraz może stworzyć ten, kto umie w to życie wejść. Ucieczka od koloru i życia zawsze musi zakończyć się klęską. Aby wytrwać w sztuce trzeba namiętności i cierpienia wypełniających życie, nadających mu sens. W przeciwnym bowiem razie nie tworzy się, lecz maluje.
Dobre malarstwo przybliża nam nieskończoność, dlatego im więcej zwątpienia, tym lepiej dla obrazu. Prawdziwy obraz jest czymś, co w naturze nie istnieje i istnieć nie może. Bo dzieło sztuki jest bardziej symbolem niż bezpośrednim stwierdzeniem. Sztuka i życie tworzą jedność, dając świadectwo prawdzie, a pojednanie formy z treścią prowadzi do jasności wypowiedzi.
Szukam ludzkiego oblicza o wieloznacznej obecności, szukam matki-ziemi, pra-matki, kobiety – tej od modlitwy, miłości i marzenia, kobiety z więziennej celi, odwiecznej kobiety nasyconej dogłębnym poznaniem bólu, śmierci i krzyku dźwigającej nadzieje i życie.
Mój cykl „Rodzina” /1978/ – to sploty problemów i spraw ludzi uwrażliwionych jednakowo na konflikty wewnętrzne i na zagrożenie przychodzące z zewnątrz.
„Portrety” /1957/ – to symbole zmienności natury. Nie są to ludzie konkretnie określeni, wyjęci z otaczającego nas tłumu, lecz synteza, idea człowieka, jego malarski znak, uwikłany w wewnętrzne spięcia dramatu dokonującego się w nim i poza nim. W niekończącym się korowodzie bezimiennych postaci, ujętych w cykle, dostrzegłem, nie bez zaskoczenia, narzucające się powinowactwo z ideą bolejącej Madonny. A co, najbardziej mnie zastanowiło, to nie analogie ikonograficznego zapisu (o których trudno tu mówić), lecz głęboko ukryta istota ludzkiego cierpienia, jego uniwersalizm.
Pojąłem wówczas, że pomiędzy tamtym bólem Matki a rozpaczą dzisiejszej ludzkości zachodzi daleko idący związek. Ten charyzmat bólu i cierpienia nie przestaje mnie prześladować i wiem, że jeszcze niejeden raz przyjdzie mi dostrzec poprzez twarz bliźniego zafrasowane oblicze boleściwej Madonny. Nie interesuje mnie sztuka „ikony”, bowiem jej ortodoksyjna, zasklepiona forma nie da się już otworzyć na problemy naszego czasu, ale smutek zawarty w jej oczach wciąż jest zasmuceniem całego świata.
Groźby, które wiszą nad nami, dręczą mnie. Stąd pochodzi cykl „Wojna przeciw człowiekowi” /1959/. Ujęcie tematów w cykle daje mi możność pełniejszego wypowiedzenia się, pozwala uniknąć fałszywych uogólnień. W cyklu „Wojna przeciw człowiekowi” chcę wydobyć głębię tragedii, cierpienia i samotności. Istotny dramat ludzi, nie jakiegoś określonego człowieka o specyficznych cechach. Chciałbym pokazać strach, krzyk, rozpacz, mękę w czasie najstraszniejszym – w czasie wojny. Nie interesują mnie poszczególne wrażenia, lecz to, co je łączy i co jest zawsze zarazem indywidualne i powszechne: uczucie ludzkie. „Wojna przeciw człowiekowi” jest nie tylko oskarżeniem zła, lecz jednocześnie ostrzeżeniem. Bo przecież jednoznacznym memento jest mój cykl „Ruiny Warszawy”, czy zwęglone i spopielałe postacie na murach. Jak cień małego chłopca w Hiroszimie.
Jeden z cyklów, nie związanych z martyrologią nazwałem „Krowy” /1957/. To krowy – odwieczne żywicielki – krowy-symbole, pra-krowy, żywicielki ludzkości. Zagubione w pejzażu nocy, który przedstawia nie konkretny krajobraz, lecz nieokreślony i nienazwany pejzaż czasu.
Mój obraz jest rezultatem tego, co we mnie najważniejsze, co jest moją istotą. Staram się przepoić go subiektywnym odczuciem, czystością formy, malować to, co czuję, a nie to, co, widzę, utrwalić te rzeczy i zjawiska, o których sądzę, że mogą poruszyć umysł. Bo z działalności artysty pozostaje jedynie to, co inspiruje myśl i wywołuje wzruszenia.
Jestem samotnikiem. To przynosi mi spokój i skupienie. Nie gardząc naturą, z której wykorzystuję wszystko, co ona ofiarować mi może
Szukam drogi do źródeł, do początków,
szukam prawdy życia
szukam odrodzenia
począwszy:
od kamienia polnego –
/który mówi mi o zmaganiach –
powstającego świata!/
do budowy ptasiego gniazda –
/symbolu życia miłości i tworzenia/
Poprzez pion drzewa i poziom horyzontu
jako drogowskazów prawdy, nadziei i odrodzenia.
Szukam siebie,
szukam ładu człowieczego,
szukam złożoności natury,
w której człowiek jest tylko cząstką,
szukam pra-świata
poprzez własne, rozległe „ja”
szukam porządku i ładu –
tajemnicy życia,
zrozumienia materii,
aby w uczuciach i symbolach –
elementarnym językiem najprostszej
mowy znaków odsłonić rzeczywistość!

zjednoczyć formę z treścią
i poprzez pion poziom i koło –
czerń, złoto, błękit, czerwień i biel
wyrazić myśl o narodzinach ziemi.
Długi pobyt w kontakcie z naturą
dał mi impuls do głębokich refleksji.
Do jeszcze jednego stwierdzenia,
że natura może nam bezgranicznie
wiele powiedzieć.
Pojąłem źródlaną prawdę życia:
umierania i odradzania.
Wobec tych prawd człowiek
jest zagubiony i samotny.
Bezradny wobec zła,
które go otacza.

Gdyż zło pochodzi z niewiedzenia,
niezrozumienia natury, niesłyszenia ziemi, łąki
roślin, zwierząt i ptaków.
Natura ma moc inspirowania i wzbogacania
naszego życia wewnętrznego /duchowego/
wiodąc nas ku dobru i prawdzie
oraz tajemnicy bycia, porządku i ładu.
Bo żywotny jest tylko ten,
kto czerpie soki z otaczającego
go świata.
Kto widzi i rozumie:
życie, roślin, zwierząt i ptaków
cały świat –
tak wspaniale uporządkowany,
a któremu grozi cierpienie
i śmierć.

Henryk Musiałowicz