Monidło – kolejna próba rehabilitacji

kurator: Jerzy Piątek...

Galeria Na Piętrze

Rozpoczęcie: 8 marca 2013, g. 17:30
Zakończenie: 31 marca 2013

Galeria BWA „Na Piętrze” – monidła

Galeria Fotografii BWA/ZPAF – Jerzy Piątek support „Mamidło”, Ewa Martyniszyn – Monidła

Wernisaż rozpocznie się o 17:30 w Galerii Fotografii BWA/ZPAF przy ul. Planty 7
kontynuacja w Galerii BWA „Piwnice” przy ul. Lesnej 7 o godz. 18:30

Prace z kolekcji:
Józefa Robakowskiego, Łódź
Andrzeja Różyckiego, Łódź
Piotra Szczegłowa, Łódź
Karola Jóźwiaka, Łódź
Marcina Sudzińskiego, Łódź
Ryszarda Karczmarskiego, Chełm
Cezarego Łutowicza, Sandomierz

rehabilitacja monidła – odsłona trzecia

Monidło, a znacznie precyzyjniej i pełniej – portret malarsko-fotograficzny, czy znacznie częściej rysunkowo-fotograficzny (gdy opracowany jest w technice czarno-białej) jest zjawiskiem artystycznym całkowicie zamkniętym. Technika i forma wykonywania tych portretów należą już do epoki przeszłej. O tym zjawisku można mówić wyłącznie w kategoriach historycznych i chociażby z racji tej konstatacji zasługuje na uważniejsze i głębsze oraz przychylniejsze przyjrzenie się temu fenomenowi. I trzeba powiedzieć, czy to się komu podoba czy nie, zjawisku paraexcellence artystycznemu. Monidło, portret malarsko-fotograficzny, w założeniu twórców jak i odbiorców (a w tym rozważaniu wydaje się to nader istotne) w okresie narodzin i rozkwitu tej techniki było traktowane jako dzieło sztuki. Status artystycznego dzieła utrzymywał się bardzo długo, głównie w tym czasie, gdy tajemnice powstawania fotografii posiadało niewielu artystów-rzemieślników. Powiem więcej, skrzyżowanie w jednym obrazie dwóch tak odmiennych technik plastycznych, dwóch wrażliwości, dwóch sił, w tym jedno malarstwo mocno obrośnięte w mistyczne możliwości twórcze, drugie – rodząca się fotografia w inny sposób magnetyczna i magiczna, mówiąca o człowieku wiarygodnie, dokumentalnie (choć tego terminu długo nie używano) stworzyła zjawisko na wskroś nowatorskie i ożywcze. To musiało budzić w tamtych czasach zaciekawienie, aplauz i chęć posiadania takowego obrazu. Portret malarsko-fotograficzny od początku traktowany był jako obraz artystyczny. Bardzo istotne i zasadne staje się, by badać ten problem w kontekście historycznych myśli i odniesień związanych z poglądami na sztukę w okresie rozwoju i rozkwitu portretu łączącego malarstwo z fotografią. Przypomnijmy – ta technika rodziła się w końcu XIX wieku. O sztuce w owym czasie mówiło się wyłącznie wzniośle. Odbiorcy sztuki kierowali się klarownymi i czytelnymi kryteriami. Najchętniej widzieli obraz artystyczny u siebie, gdy ten opiewał piękno i urodę, a świat najchętniej by był wyidealizowany. Gdy zaczęło chodzić o wizerunek osoby, tym bardziej portretu własnego, chcieli widzieć siebie w obrazie możliwie o obliczu najdoskonalszym. Takowe widzenie siebie tak naprawdę jest problemem odwiecznym, od zawsze jak długo śledzimy rozwój sztuki. Problem zobaczenia siebie w lepszym świetle, wyidealizowanym, jest bowiem ciągle aktualny. Przypomnijmy – pierwszymi ludźmi dokonywującymi zamówienia na portrety byli ludzie zamożni, wykształceni i o wyrobionym guście zgodnym z epoką. To oni wyznaczyli drogę rozwoju i popularności tej techniki. Oczywiście, że wraz z rozwojem techniki fotograficznej i potanieniem w związku z tym usług, poszerza się zdecydowanie krąg ludzi zamawiających owe portrety. Wraz z demokratyzacją tych potrzeb zaniża się również i jakość portretów. Jednak nigdy nie zmieniają się podniosłe idee, marzenia by być przedstawionym w kreacji najdoskonalszej, w wizji najgodniejszej. Niezmienna pozostaje potrzeba widzenia siebie w wyidealizowanej i upiększonej postaci. Obecnych kryteriów sztuki czasów najnowszych do pierwotnych idei monideł lepiej nie przymierzać z nader oczywistych powodów. Bowiem definicji sztuki ani teoretycznie, ani praktycznie nie można znaleźć. Nikt nie jest w stanie tego uczynić. Kryteria artystyczne są całkowicie rozmyte. Nikt już nie projektuje wysublimowanych ideałów sztuki. Próżno by szukać afirmacji piękna, harmonii, doskonałości. Czyżby swoistym ideałem pozostaje portret monidalny? Należy się również istotne wyjaśnienie i sprostowanie, bowiem określenie monidło jest całkowicie obcym pojęciem dla samych osób posiadających portret w technice malarsko-fotograficznej. W kontakcie akwizytorów z osobami zamawiającymi padało zawsze czytelnie i jednoznacznie określenie „portret”. „Monidło” to zwrot zdecydowanie żargonowy, funkcjonujący między akwizytorami a osobami współtworzącymi obraz fotograficzny i malarski. Nie da się ukryć, że pejoratywny. Jest pochodnym od zdolności mamienia klientów. Jest to pośledniejszy zwrot, by móc kogoś omamić, tym samym otumanić, zbajerować i zarobić. Wszystko zdaje się wskazywać, że nazwa „monidło” została ukuta w środowisku „szemranym” i niechybnie warszawskim. Przemawia za tym użycie tej nazwy w opowiadaniu z lat 60. Jana Himilsbacha pod znamiennym tytułem „Monidło”. Wydaje się również, że za przyczyną tego literata – kamieniarza nagrobnego – ugruntowało się wyłącznie pejoratywne znaczenie tego pojęcia. Szlachetna nazwa portretu pozostaje wyłącznie w gestii ludzi posiadających owe obrazy. Przez postawienie sprawy jasno, przez przypomnienie, że mamy do czynienia ze zjawiskiem rangi wyższej niż dotąd uważano, ujawnia się znacznie więcej nowych problemów natury historycznej, artystycznej, jak też natury obyczajowej, społecznej i kulturowej. Z racji „nieuwagi”, wielokrotnego lekceważenia czy wręcz pogardy, wytworzył się ogrom luk badawczych i „białych plam”. Te po części zostały ujawnione czy zasygnalizowane w wielu definicjach i refleksjach zawartych na tej wystawie i w katalogu. Inne czekają na dalsze badania i rozważania. Jest dodatkowo jeszcze kilka nader istotnych powodów, by zająć się monidłem w sposób uważniejszy.

1. Na przestrzeni ponad 100.letniej działalności wytwórców monideł (początek należy datować na drugą połowę XIX wieku, a koniec produkcji możemy spokojnie umieścić w końcówce lat 70. XX wieku) powstało ich z pewnością w Polsce kilka, o ile nie kilkanaście milionów. Zjawisko nie jest specjalnością wyłącznie polską – z podobną formułą portretów techniki mieszanej malarsko-fotograficznej spotykamy się w wielu krajach Europy, Azji i w obu Amerykach. Oczywiście techniki i rozwiązania plastyczne różnią się znacząco, jednak mówiąc o skali zjawiska Polska jawi się jako kraj wiodący. Próżno by jednak szukać jakichś refleksji czy opracowań naukowych bądź historycznych wśród tych, których powinno to najbardziej obchodzić – etnografów i etnologów. To milczenie jest zadziwiająco zastanawiające.

2. Wokół monidła narosło bardzo wiele nieprzyjemnych i negatywnych konotacji. Dla wielu osób chlubiących się mianem znawców sztuki monidło, nie wiedzieć czemu, stało się wręcz synonimem kiczu. To trochę przypomina podobne zjawisko, gdy dochodzi do zaparcia się w pierwszym czy kolejnym pokoleniu swojego chłopskiego pochodzenia.Być może to odcinanie się od korzeni, uwłaczających jak gdyby kategoriom dobrego gustu, przeniosło się na odrzucenie wartości estetycznych i artystycznych monidła. Posiadanie własnych opinii o portretach w owej technice nie byłoby niczym szczególnym czy zdrożnym, pozostałoby prywatnym sądem. Gorzej gdy dochodzi z powodu poglądów i sądów do realizacji czynnego, własnoręcznego niszczenia tych obrazów, palenia, darcia i wyrzucania na śmieci.Takie działania należy nazwać po imieniu – jest to swoiste świętokradztwo kulturowe.

3. Monidło w oczach krytycznie nastawionych estetów często porównuje się i sprowadza do rangi jakoby podobnych mu dekoracyjnych zdobników domów i chałup: makatek kuchennych, kilimów z „jeleniem na rykowisku”, laleczek i innych bibelotów. Z każdego punktu analitycznego widzenia to zdecydowany błąd. Z wszystkich wymienionych przedmiotów żadne nie zostało świadomym aktem, programowo zamówionym, obstalowanym (jak zwykło się to na wsi określać).To tylko portret ma wyłącznie charakter osobisty. Dotyczy własnej osoby, własnych przeżyć, własnej przeszłości.

4. W ostatnich czasach rodzi się żywsze zainteresowanie i pewnego rodzaju moda na monidła i imitacje technik w wydaniu plastycznym i fotograficznym. Może nie byłoby w tym nic złego, gdyby ta moda i „trendy” nie nosiły w sobie zdecydowanego desygnatu sztuki wyłącznie zabawnej i śmiesznej. (…)

5. Kolorowany „portret ślubny” powstawał po znacznym upływie czasu. Nie powstawał z wielu powodów w dniu ślubu: ekonomicznych, znacznej odległości od zakładów fotograficznych, braku fotografa czy też aparatu w rodzinie. Tych powodów szczególnie w Polsce było więcej. Co rusz czas wojen i pożóg, a na domiar wszystkiego najzwyklejsze ubóstwo. Ta idea „odtworzenia” ślubu wydaje się zamierzeniem sentymentalnym i romantycznym i najzwyklej w świecie pięknym przesłaniem. Zamówienie „monidła” ślubnego odbywało się często po kilkunastu latach. Znane są przypadki, gdy zamawiały takie portrety osoby owdowiałe. W takiej postawie widzimy ducha idealizowania związku dwojga ludzi. Jeżeli mówimy o portrecie ślubnym, to ma on być zgodny z aktem ślubnym, sakramentalnym braniem siebie „na dobre i na złe”. Staje się obrazem uniwersalnego dobra, zamiaru bycia doskonałym w znaczeniu wręcz ewangelicznym. Znając swoje grzechy i przywary, słabości i ułomności pragną usilnie widzieć jednak siebie w obrazie idealnym. I takim obrazem staje się „monidło” za sprawą wprawnego fotografa wygładzającego i upiększającego zmęczonych pracą na roli bohaterów. Spróbujmy popatrzeć na to „monidło” oczami i wyobrażeniami, marzeniami tych ludzi.
Próbę rehabilitacji można podjąć jedynie biorąc pod uwagę obiektywne naukowo-analityczne podejście, jak na historyczne zjawisko przystało.
Kolorowej fotografii w tym czasie nie było, więc od czego pomoc malarza? To był krok do połączenia tych dwóch odległych technik. Według kryteriów każdej epoki skojarzenie dwóch dziedzin plastyki było działaniem niezmiernie nowatorskim. Nie bójmy się tego powiedzieć otwarcie – można wiele z ówczesnych portretów nazwać dziełami sztuki.

 

Andrzej Różycki